Zanim na planach zdjęciowych pojawili się koordynatorzy intymności dbający o bezpieczny i komfortowy sposób realizowania scen bliskości, filmowcy byli zdani na siebie. Czym to owocowało? Raz lepszym, innym razem gorszym efektem. Często sceny seksu symulowano, co wprawne oko widza prędko wychwyciło, kiedy indziej twórcy „szli na całość”, a aktorzy faktycznie oddawali się sobie na ekranie. Realizmu nie da się zastąpić, choć niektórzy faktycznie robili to lepiej.

