Historia kina jest usiana momentami, w których reżyserzy mylili śmiałość z wdziękiem, a nagie ciała z napięciem erotycznym. Efekty bywają nieodwracalne – zarówno dla karier, jak i dla pamięci widza. Dla nas.
Istnieje teoria, że złe sceny seksu są tak naprawdę dowodem ambicji, bo tylko ktoś, kto naprawdę chciał czegoś dokonać, może tak spektakularnie nie trafić. Prawdziwym problemem nie jest brak talentu, lecz brak dystansu i przekonanie, że nagość i odwaga wystarczą, żeby widzowi zrobiło się gorąco.
Kino erotyczne wymaga czegoś więcej: rytmu, szczegółu, momentu. Tego nie da się nakręcić siłą woli ani pieniędzy. Wiseau wydał na swój film sześć milionów dolarów i wciąż tego nie rozumie.
Poniżej dziesięć scen, które przeszły do historii kina niekoniecznie z powodów, o których marzyli ich twórcy.
Tommy Wiseau, człowiek o nieustalonym kraju pochodzenia i nieujawnionym źródle finansowania, w 2003 roku wydał sześć milionów dolarów własnych pieniędzy na film, który okazał się artefaktem tak osobliwym, że krytycy prześcigali się w doborze obraźliwych określeń.
„The Room” zawiera pięć scen o charakterze seksualnym, z czego jedna jest dosłownie powtórką poprzedniej – według Grega Sestero, aktora i współautora książki „The Disaster Artist”, stało się to dlatego, że Wiseau nie chciał skracać żadnego nakręconego materiału. Scena otwierająca film, trwająca blisko cztery minuty, pokazuje reżysera-aktora w roli kochanka w sposób, który – jak napisał dziennikarz MEL Magazine – „sprawia, że trudno ustalić, czy Wiseau kiedykolwiek uprawiał seks z człowiekiem”.
Wiseau twierdził podobno, że musi pokazać własne pośladki, bo inaczej film się nie sprzeda. Pośladki zostały pokazane. Film sprzedał się wyłącznie jako cult classic na specjalnych seansach, gdzie publiczność rzuca plastikowymi łyżeczkami w ekran i cytuje kwestie na głos.


